niedziela, 28 grudnia 2008

2008

Czas reaktywować bloga po dłuższej przerwie. Z różnych przyczyn notek nie było, mam nadzieję, że się to zmieni. Jako, że mamy koniec grudnia, to niedługo zasypią nas podsumowania, rankingi i tym podobne pierdółki. W zasadzie nawet to fajna zabawa podsumowywać, ale dobrze by było, żeby było co. Niestety, w 2008 roku nie było objawień, było za to sporo nieudanych powrotów (Portishead?), ale też i sporo porządnych płyt, do których raczej będę wracał, ale też i niezbyt często, heh. Wymienię tutaj kilka godnych uwagi, praktycznie bez żadnej kolejności, bo nie ma po:

Gang Gang Dance - Saint Dymphna

Truizmem jest to, że zespoły z New York są spoko. Są i wszyscy to wiemy. GGD nagrali świeżą, intrygującą płytę, pełną eklektyzmu, co jest standardem (przekrój od electro-popu, poprzez noise do grime'u), ale ten standard zapełnili rzeczywiście pięknie - udziwnienia pokrywające melodie sprawiają, że tej płyty chce się słuchać i słuchać. Obczajcie 'House Jam', albo 'Princes' - no nie ustoisz i co panie poradzić.

Atlas Sound - Let The Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel


Cóż, jak rok poprzedni był rokiem Pandy Beara, tak ten zdecydowanie należy do Bradforda Coxa. Atlas Sound to pozycja magiczna, pokazująca, że za pomocą muzyki można rzeczywiście tworzyć krainy zbliżone do baśni braci Grimm, przetworzone dodatkowo przez solidną dawkę LSD i grzybków. 'Let The Blind Lead Those Who Can See But Cannot Feel' wysyła nas w takie przestrzenie, gdzie łatwo można stracić poczucie czasu. Magiczna płyta.

Deerhunter - Microcastle/Weird Er Cont.


Kolejne dziecko Bradforda Coxa, tutaj razem z zespołem. Po znakomitym albumie 'Cryptograms' Cox chyba mocniej wziął się za liderowanie zespołowi i na 'Microcastle' bardziej czuć jego atlassoundowe zapędy. Dla niektórych do wada, ale odejście od eksperymentalno-gitarowych brzmień na rzecz rozmytego klimatu i quasi-popowych faktur wyszło Deerhunterowi na zdrowie. Przejmujące studium samotności.

Tv On The Radio - Dear Science


Sitek i spółka udowadniają, że w materii rocka da się zrobić jeszcze coś ciekawego, bez odwoływania się do popieprzonych dźwięków punkowych połamańców (vide We Vs The Shark, które jak najbardziej lubię, żeby nie było). Dear Science zachwyca aranżacjami, brzmieniem, ale też i pomysłami na utwory. Adebimbe śpiewa se se, więcej tu tanecznych rytmów i innych fajowych patentów. Cóż, po prostu zajebista płyta.

Flying Lotus - Los Angeles


Hm, dla mnie to jest urban music. Posępne, intrygujące, rozbudowane. Jak miasto. Niejaki DJ Shadow kiedyś dał nam wzór mrocznej, miejskiej muzyki. Dziś najlepiej ten wzór wypełnia Flying Lotus. Zdecydowanie najlepszy soundtrack do komunikacji miejskiej. A , i do domu tyż.

Kanye West - 808s And Heartbreaks

He, ten wybór i poniższy także, to takie moje w sumie guilty pleasures. Kanye nagrał zajebistą popową płytę, która mnie przekonała nie tylko chłodnymi, melancholijnymi pasażami dźwięków, ale też i radosnymi elementami, takimi jak chociażby electro-popowe 'Paranoid'. Fajna, popowa płyta (choć smutna).

Someone Still Loves You Boris Yeltsin - Pershing


Dla miłośników bezpretensjonalnego, gitarowego popu lat 60-tych ten album jest miłym prezentem. Dodatkowo zawiera singiel roku, czyli 'Think I Wanna Die', he. Bardzo sympatyczna płyta, z piosenkami, które wprost przymilają się do słuchacza. Tylko tyle i aż tyle. No i czy znacie bardziej rozbrajającą nazwę zespołu?

Air France - No Way Down EP


Drugi rok z rzędu mamy do czynienia z EPką, która rozwala (w zeszłym roku Tigercity, dla tych, co nie pamiętają, czy coś). Tych kilka utworów, w których sample hulają niczym na niezapomnianym 'Since I Left You', to ładne popowe konstrukcje, które wręcz uzależniają od swojego fantazyjnego kształtu. 'No Excuses', czy 'Collapsing At Your Doorstep' ("It's like a dream? No, better.") to bezwzględne urzeczacze. Czekamy na pełnoprawny album, zwany również longplejem.

Lil Wayne - Tha Carter III

Hej panie Carter coś pan robił? "I've been hustlin'." Hu, a co jeszcze? "Wyjebałem najlepszą płytę ever, ja sam też jestem najlepszym raperem, best rapper alive nigga!" To raczej wątpliwe, ale pomijając samą postać pana Cartera (który jest tak w sumie pajacem i bufonem) to naprawdę dobra płyta, nie słuchajcie opinii rap-ortodoksów, heh.

The Bug - London Zoo


'London Zoo' to pomnik wystawiony londyńskim klubom, z dancehallem, 2stepem, dubem i szczyptą dubstepu na zaprawę. Futurystyczne, głębokie dźwięki, znakomita produkcja, grono porządnych nawijaczy - ta płyta buja i kiwa. Na bibę jak znalazł, a i po mieście się dobrze przy niej łazi, znaczy street spirit po raz drugi (vide Flying Lotus).

__________________________________________________________________________________________________________
Uff, jak widać wiele tu zabrakło. Owszem, Fleet Foxes, Cut Copy i tym podobne hajpowane zespoły, wydały fajne płyty, ale... Subiektywnie wybrałem co fajniejsze i tyle. Żadnej filozofii w tym nie ma, za to zastanawia mnie filozofia Pitchforka choćby, który zestawienia robi chyba za pomocą najebanych Ewenków.

niedziela, 16 listopada 2008

Jedi Mind Tricks - A History Of Violence



Jedi Mind Tricks nie biorą jeńców, ociekają agresją i prowadzą nieustanną wojnę. W sumie fajnie, szczególnie, że to płodni artyści i co roku mamy do czynienia z jakąś propozycją z ich obozu, lub okolic (vide zeszłoroczny "Ritual Of Battle" Army Of the Pharaohs). Po raz szósty sieją zniszczenie z Filadelfii, tym razem w składzie poszerzonym o syna marnotrawnego - Jus Allah wrócił do Jedajców i jest w całkiem niezłej formie. Więc rzućmy się w wir tych posępnych hardcorowców, mamy jesień i klimat płyty będzie jak znalazł do nocnych wypraw autobusem po mieście. Czy "A History of Violence" przynosi coś nowego, zmienia jakoś brzmienie JMT? Nie za bardzo. Bity Stoupe the Enemy of Mankind to dalej potężne stopy, które nie tyle wybijają rytm, co wbijają w ziemię. Chłopak czasem zapoda mrocznym, przytłaczającym klimatem, jak choćby w "Deadly Melody", ale w zasadzie kładzie nacisk na kroczący rozpierdol, jak choćby w "Godflesh", najlepszym moim zdaniem jointem na płycie. Podkłady Stoupe'a to ociekające intrygującymi samplami rytmiczne monstra. Jedynym wytłumaczeniem dla niekiwania głową do "Monlith" może być jedynie skręcony kark. Praktycznie każdy bit na "A History of Violence" to perełka - zwróccie uwagę na progresję sampli w "Trail of Lies", symfoniczny terror w "Terror", czy rozmaite wokalne sampelki tu i ówdzie. Zdecydowanie, jeśli szukacie powodów do słuchania Jedi Mind Tricks, to Stoupe the Enemy Of Mankind jest tym głównym. A pozostałe? Cóż, Vinnie Paz ma charakterystyczne flow i albo się to lubi, albo... Vinnie jak na wyznawcę Islamu ma sporo agresji w sobie i dobrze, bo niektóre wersy są naprawde przerażające i swoim turpistycznym urokiem lekko przypominają brutalne opowieści nieodżałowanego Big Puna. Obczaicie choćby "Godflesh" i macie definicję Vinniego w dobrej formie. A Jus Allah? Wciąż pozostaje najsłabszym ogniwem Jedajców, ale nie jest tak źle, jak można było przeczytać w rozmaitych recenzjach rozsianych po przepastnych polach Internetu. Jest to raper raczej przeciętny, z highlightami ("Necronomicon" The Devil Rejects, anybody?) ale album należy przede wszystkim do Vinniego, więc jego obecność nie przeszkadza, a i dobrze wpływa na różnorodność. Czas na omówienie ficzuringów, które oczywiście należą do ziomków z Armii Faraonów. Są i Outerspace (porządne Seance Of Shamans)i w dwóch kawałkach szybkie, techniczne zwrotki daje Demoz, no i zdecydowanie najlepszy fit daje King Magnetic w wielokrotnie wspominanym Godflesh. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę Blocka McClouda i Doap Nixon, którzy niczym się nie wyróżniają.
"A History Of Violence" to z pewnością krwisty befsztyk undergroundu. Najlepiej się go spożywa z bezkompromisowością i dusznym klimatem. Nawet jeśli nie przepadacie za takim stylem nawijania, to sprawdźcie ten album pod kątem bitów Stoupe the Enemy Of Mankind i atmosfery poważnego rapu. Jedi Mind Tricks znowu to zrobili. Po raz szósty.

czwartek, 16 października 2008

Animal Collective, Jazz Club Hipnoza, Katowice, 13.10.2008



Do dziś nie do końca wiem, co się stało w poniedziałek. W pewnych momentach koncertu byłem zdruzgotany Absolutem sączącym się ze sceny, a w jeszcze innych - byłem trochę znudzony rozmytymi aranżami, a do tego dochodziło dziwnie zachowujące się nagłośnienie... Niemniej jednak, bogowie niezalu mnie nie zawiedli. Zaczęli od Chocolate Girl, oczywiście w odpowiednio chorej aranżacji, i już wiedziałem, że mamy przejebane, że nie uciekniemy z rąk tych popapranych, cybernetycznych szamanów. Geologist jako jedyny przejawiał jakieś ludzkie odruchy, bo czasami uśmiechnął się spod lampki, Avey z obłędem w oczach wył, grał, śpiewał, miotał się, Panda pochylony nad swoimi zabawkami wyglądał jak Christopher Walken w "Łowcy Jeleni", ale już w Wietnamie, ze spluwą przy skroni. Przy pierwszych dźwiękach Comfy In Nautica większość sali chyba szczytowała (nie wiem, wnioskuję po odgłosach), przy Peacebone ciężko było się nie miotać w konwulsjach. Później Fireworks, czyli moment magiczny, gdy wszyscy podśpiewywali z Aveyem główny motyw. Sam kawałek przerodził się w psychodeliczny jam, by powrócić do głownej struktury utworu. Miazga. Gdzieś jakieś szczątki Who Could Win The Rabbit, gdzieś z hałasu wyłania się Leaf House, gdzieś jakieś dźwięki z ostatniej EPki. Dekonstrukcja własnej twórczości, reinterpretacja szamanizmu i prymitywizmu, a w skrócie- jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych w Polsce w tym roku.

sobota, 11 października 2008

Termanology - Politics As Usual



Trochę długa ta wakacyjna przerwa tutaj była, ale na tyle się ustabilizowałem, że walnę czasme jakąś reckę, o ile czas pozwoli (teraz się dramatycznie skurczył). Wahałem się, czy napisać o Returnersach z El Da Sensei, czy raczej o chłopaku z najfajniejszego miasta świata (w którym nigdy nie byłem, huh), ale trauma po odwołanym koncercie połówki Artifacts we Wrocławiu skłoniła mnie do Termanology. No cóż, chłopak jest konkretny. "So Amazing" kładło na łopatki bitem Premiera (skąd on bierze te sample?), ale i Term każdym swoim panczem wywoływał uśmiech na twarzy - masa nawiązań i niewinnych, zgrabnych zaczepek (choćby do Dre). Stąd i oczekiwania wobec "Politics As Usual" były naprawdę spore. Zacznijmy więc od bitów. Te są "spoko loko", z zadatkami na wybitne. Primo wyciągnął chyba jakąś perełkę z czasów "Sun Rises In the East" i podkład do "How We Rock" z Bunem B na ficzuringu urywa dupę. O "So Amazing" już była mowa, trzecim biciwem od Premiera jest całkiem porządny "Watch How It Get Down", ale tutaj pierwsze skrzypce gra Term, który nawija w super szybkim tempie najlepsze zwrotki na płycie, co i rusz wprawiając gawiedź stan, który wyraża popularne u nas powiedzenie "o kurwa!", z otwarta japą najczęściej. Nottz dał dwa lajtowe podkłady - po "Float" ręka sama sięga po spliffa, a "Please Don't Go" ze swoim sympatycznym refrenem siedzi w głowie i wyjść nie chce - i do tego przyciężkawe "Drugs, Crimes, Gorillaz", który jest dla mnie najsłabszym bitem na płycie, co nie znaczy, że złym. Alchemist na swoim poziomie kroczy niczym Godzilla w "Hood Shit". Warto tu wspomnieć, że po sofcikowym "Please Don't Go" album wkracza na terytorium uzbrojonych w odpowiedni kaliber bitowy ulicznych klimatów. Bit Hi-Teka do "In the Streets" brzmi stosownie do nazwy kawałka, a "We Killin Ourselves" Pete'a Rocka świetnie oddaje mniej wesołe rejony Nowego Jorku. Tyle o muzyce, czas na dźwięki gardłowe. Termanology ma bardzo szeroki zasób stylu, a przy tym zajebiste skillsy. O "Watch How It Get Down" już pisałem - zwolennicy technicznych jazd a'la Esoteric będą zadowoleni. Term jest w każdych warunkach świetny - czy to skanduje z manierą Evidence'a w "Hood Shit", czy płynie na lajcie pod nottzowe hiciory, czy kozaczy w "So Amazing" - za każdym razem wchodzi w bit z precyzją Concorde'a podchodzącego lądowania (czy coś w tym stylu). Teksty - hmmm... Trueschool, panie, truskul. Ulica, "keep it real", bragga i tego typu historie, czyli w normie. Niektóre follow-upy robią wrażenie (choćby w "Hood Shit" i w wielkim hymnie na cześć hip-hopu jakim niewątpliwie jest "So Amazing"), chłopak oprócz skillsów ma pomyślunek i to się chwali. Podsumowując - "Politics As Usual" to naprawdę świetny kawałek prawdziwego rapu. Przy Carterze Trzecim zastanawiałem się nad tym, co to z truskulem kiedyś będzie, ale póki będa pojawiać się gracze w typie Termanology, to i za 20 lat z chęcią sięgnę po album, który będzie miejscami brzmieć jak połow lat 90-tych.

czwartek, 21 sierpnia 2008

Nas - Untitled



No to "chłopak pojechał". Wszystko - od tytułu (niedoszłego zresztą i tutaj anegdotka, heh - na pewnym cieniznowym polskim portalu muzycznym przeczytałem niegdyś takiego newsa: "Czarnuch Nasa jednak później" - noż kurwa!), poprzez okładkę i liryki jasno wskazują, co nam pan Nasir chciał przekazać. Rasizm, ucisk Murzynów, ich nieciekawa sytuacja w USA, Obama for president - czy Nasowi udało się uniknąć oczywistych pułapek przy takim kalibrze? Trochę zepsuję zabawę i od razu powiem, że połowicznie. Nas nie bez kozery uchodzi za jednego z bardziej inteligentnych rymujących chłopaków z miasta Knicksów, no i ma przy tym kosmiczne flow. Na nowym albumie to flow nakierował głównie na spory cel - są nim Stany Zjednoczone. Dowiadujemy się, że w Ameryce nie ma wolności, jest rasizm, "fuck the police" i tego typu historie, a więc - nihil novi. W świetnym "Sly Fox" obrywa się telewizji i koncernowi Ruperta Murdocha, we "Fried Chicken" mamy ładnie poprowadzoną narrację (z Bustą na ficzuringu) na temat fast-foodów, w "America" Nas maluje niezbyt optymistyczny obraz swego kraju. "N.I.G.G.E.R. (The Slave and the Master)" to w zasadzie apel o prawdziwe równouprawnienie Murzynów, przyznanie im godnego miejsca w historii i społeczeństwie, z naprawdę przejmującym refrenem ("They say we N - I - Double G - E - R/We - are - much more/still we choose to ignore/the obvious./Man this history don't acknowledge us/we was scholars long before colleges"). Pomimo ogólnie ponurego niczym okładka "Illmatic" (ej, dla mnie to jedna z bardziej dołujących okładek w rapie) klimatu jest tu i miejsce na nadzieję. Takie singlowe "Hero", choćby - Pollow Da Don popuścił cugli i dosyć futurystyczny bit Nas zapełnił naprawdę niezłymi zwrotkami. Drugim takim kawałkiem byłby dla mnie "Black President", czyli oczywista nadzieja, że dzięki Obamie poprawi się sytuacja. I tutaj pojawia się kwestia, która dla niektórych będzie minusem tej w gruncie rzeczy dobrej płyty - jest ona bardzo ideologiczna i o wyraźnym sznycie politycznym (antyrepublikańskim, pro - Obamowskim). Wiadomo jedno - albumy polityczne są po jakimś czasie nieaktualne, ale myślę, że akurat Nasir Jones ma na to wyjebane, bo jego poczesne miejsce w historii hip-hopu jest już zapisane i to złotymi zgłoskami. Album zrodzony z frustracji, ewidentnie polityczny (heh, zwróćcie uwagę ile o bitach skrobnąłem - niewiele, a są, hm, "w normie"), ale porządny - Nas poniżej pewnego (czarny pas w rapie, he) poziomu nie zjedzie. A na Pitchforku są rasiści i pewnie zagłosują na McCaina, bo dali "Niggerowi" a.k.a. "Untitled" 3.8 .

środa, 16 lipca 2008

Lil Wayne - Tha Carter III




Można twierdzić, że hip-hop umarł, że się skończył na "żywych" samplach, że nic, co powstanie poza tą formułą nie jest godne uwagi. W zasadzie w Polsce o dobrą płytę trzymającą się dzisiejszych standardów "ameryczki" (jakie by one nie były) bardzo trudno - niby Tede, ale to temat na zupełnie inną bajkę. A ta "ameryczka" ciągle ma nam wiele do zaoferowania - całkiem przyzwoity Bun B choćby, czy bohater naszego dzisiejszego tu klepania w klawiaturę - Lil Wayne. Pisząc o "Tha Carter III" można zacząć od pierdół - że album się sprzedaje wprost fenomenalnie i dobił do ilości szajsu 50 Centa, albo że Weezy to jest kontrowersyjny, albo że ma fajną okładkę, nawiązującą do Biggy'ego i Nasa. To wszystko prawda, ale gdzieś nam umknie muzyka. Nie oszukujmy się - Weezy oprócz świetnych freestylów potrafi po prostu wkurwiać tymi swoimi jękami, ale ponownie - wkurwi jednych, zachwyci innych. Lil Wayne'a trzeba po prostu lubić. Nie wiem, czy jest najlepszym obecnie mainstreamowym raperem (w przeciwieństwie do wielu mediów, które już dzisiaj budują Carterowi Trzeciemu pomnik na wieki), ale wiem jedno - ta płyta jest tak świetnie wyprodukowana, że nawet największym wrogom Weezy'ego zmięknie rura. Kanye West, Swizz Beatz, Cool & Dre i inni dają nam przekrój amerykańskiego bitowania - od "tradycyjnych" podkładów made by Kanye do crunkowej rzeźni (ot, choćby A Mili). Chyba właśnie przez tę różnorodność Carter Trzeci jest tak intrygujący, że trudno się od niego oderwać. W sprawie wersów: "Motherfucker I'm ill not sick" deklaruje Weezy i to chyba najlepsze podsumowanie. Dominuje luźna jazda, hedonistyczne klimaty dirty southu (wyjątki typu "Tie My Hands" potwierdzają regułę), więc Lil Wayne raczej nie zostanie prorokiem, za to bawi się tym swoim jęczydłem jak może i potrafi naprawdę położyć coś intrygującego na nasze uszy. Carter Trzeci to płyta wprost przeładowana hookami, bez zbędnego zadęcia, także z gościnnymi akcentami na poziomie (m.in. Jay-Z i Bun B, a nawet T-Pain w "Got Money" daje radę) i powiedzmy sobie szczerze - jeśli tak ma wyglądać komercyjny hip-hop, to się na to piszę.

czwartek, 10 lipca 2008

Lenistwo...

Wakacje, lenistwo etc.... Powalające We vs. the Shark, świetne nowe Girl Talk (jak mi się zachce, to walnę reckę hehe), wymiatający Carter Trzeci Weezy'ego, Gural dający radę, a tak poza tym... Pomyslałemn że jakoś Openera podsumuję, o.
Nie będę wymieniał po kolei każdego i wyliczał fajne-niefajne, bo to nuda i ogólnie rzygowiny, za to skupię się na highlightach:
Jay - Z : rozwałka! Zestaw hiciorów (m.in. 99 Problems, Roc Boys, Hardnock Life, Encore, IZZO), przeplatanych dodatkowo popiszczem (Umbrella hehe), mistrzowscy bębniarze, świetna sekcja dęta, po prostu Hova przyjechał, rozjebał towarzystwo i wyszedł. Koncert bez bisów, zostawiający ze szczeną na podłodze i zdrowym niedosytem.
Roisin Murphy: Głos! Niesamowite warunki wokalne, świetny set (Ruby Blue i Sow Into np.), show przednie (przebieranki, tańce i hulanki) i wizualna oprawa - występ po prostu świetny.
Fischerspooner: electro teatr, rozśpiewany, roztańczony, nietuzinkowy, nieobesrany własną "wielkością" (Interpol, Massive Attack- please stand up). Casey jest wokalistą, um, średnim, ale jego wyczyny na scenie (jak i całego zespołu) - to było coś. Dla nieobeznanych - odpalcie album "Odyssey" i miejcie coś z życia.
No i nagroda specjalna - Fujiya & Miyagi. Takie granie lubię. Matematyka, ale mniej epicka niż Battles. To nie walka o Nobla, ale akademicy znad ciężkich równań i za to piona. Za kostki na ekranach też.
O polskich zespołach nie będę pisał dużo, bo i nie ma o czym - jedynie Ścianka trzymała poziom ze swoimi panplanetowymi noisami. Muchy żenada (najebany Wiraszko absolutnie nie daje rady), scenę Young Talents po usłyszeniu zespołu Ziemianie omijałem szerokim łukiem (choć jakieś lepsze momenty na tej scenie były).
Organizacja ok, Erykah w nocy nie ok (choć to wynikło z obiektywnych okoliczności, o 19 pewnie trafiłaby do highlightów, a tak to koło 2 ja trafiłem do autobusu), czyli wyjazd udany, reasumując.

wtorek, 17 czerwca 2008

The Hood Internet vs Lykke Li



The Hood Internet to ekstraklasa mashupów i innych tego typu historii. Potrafią przypieprzyć radykalnie (nigdy nie zapomnę reakcji Johnny'ego B na jeden z mixtape'ów THI: "leci sobie jakaś Menomena czy coś, a tu wjeżdża wokal z Umbrelli, no kurwa..."), ale ogólnie - uwielbiam taką muzyczną dekonstrukcję, zwłaszcza, że obce są mi kategorie herezji w remixach i innych tego typu re-produkcjach ("co kurwa? TLC i Led Zeppelin!?" -mnie to nie rusza). Szkoda, że EPka "The Hood Internet vs Lykke Li" przeszła trochę bez echa, choć ma już ponad miesiąc (a już niedługo nowy mixtape - mniam!). Wiadomo, fajne te pościelówy Lykke Li, przy "Little Bit" można się nawet rozpłynąć odrobinę, ale jakże fajnie je słyszeć w takich odsłonach! Chłopaki wzięli na warsztat np. electro Niemców z Digitalism, disco spod znaku Hercules and Love Affair, czy szwedzkie techno The Field. To wszystko w połączeniu z delikatnym wokalem Lykke Li stanowi naprawdę sympatyczne 25 minut. Zdecydowanie polecam!
Jak zwykle link dla leniwych:

The Hood Internet vs Lykke Li


No i stronka The Hood Internet

niedziela, 15 czerwca 2008

The Ting Tings - We Started Nothing



Lubię takie trafne deklaracje - "We Started Nothing" i wszystko jasne. The Ting Tings nic nie zaczynają. Narobili trochę zamieszania zeszłorocznym "Great DJ", który to singiel wybitnym nie był, w tym roku cośtam ktoś przebąkuje o "That's Not My Name". Ot, zwykłe indie-srindie taneczne (średnio) kawałki. Na domiar złego umieszczone jako dwa pierwsze na debiucie, że chyba ma nas niby powalić, czy coś. Mnie niestety nie powaliło, ale będąc sprawiedliwym - solidne to piosny, se zanucić można, albo tyłkiem trząsnąć. Później mamy "Fruit Machine" - znowu zachowawczy schemat i patenty na sekcję, że już można błagać Brytyjczyków i ich modne zespoły - dość! Później mamy echa dance punku w "Shut Up and Let Me Go" (całkiem udane - refren choćby), a oliwy do ognia wtórności dolewa "Keep Your Head". Z tymże "We Started Nothing" to nie tylko taneczny rock drugiej świeżości, co jakoś podnosi ogólną recepcję płyty. Eklektyzm zdaje się być częstym patentem wśród ostatnich debiutantów - nie wiem, czy to jakiś wyraz źle pojmowanego postmodernizmu, czy po prostu próba zamaskowania braków repertuarowych. Trzeba naprawdę robić to dobrze, żeby nie wpaść w stylistyczną rozwałkę (ostatnio to się chyba tylko MGMT udało). Ale wracając do Katie White i Julesa de Martino - wierzgają jak mogą, by uciec przed dusznymi schematami wspomnianymi wyżej - czy to delikatnym "Traffic Light", czy kawałkiem tytułowym, który tchnie na kilometr The Go! Team. Zresztą nawet w parkietowych odsłonach duet potrafi się odrobinę odświeżyć - choćby w udziwnionym "Impacilla Carpisung". Nie zmienia to jednak faktu, że ja czuję się zmęczony - The Ting Tings są najlepszym przykładem tego, że formuła tanecznego rocka i harców na parkiecie z przesterowanymi gitarami wymaga odświeżenia - nie ma tu ani energii wczesnego Rapture, ani polotu !!!. Brakuje też fajnych melodii, które na "We Started Nothing" sprowadzają się do przewidywalnych refrenów. Jeśli usłyszycie The Ting Tings, to może nie uciekajcie, ale zadajcie sobie pytanie: "czego oczekuję od muzyki?". Jeśli odpowiecie, że niezobowiązujących, tanecznych kawałków z miejscowymi pretensjami do czegoś więcej, to debiut duetu z Wielkiej Brytanii "daje radę". Jeśli nawet w tańcu szukacie polotu i finezji, a przede wszystkim lekkości, to na Ting Tings się niestety zawiedziecie, bo na tej dyskotece obowiązującym ubiorem jest kostium z żelbetonu. Ja preferuję luźne ciuchy, więc wolę zostać w domu.

piątek, 6 czerwca 2008

Fleet Foxes - s/t




Za oknem słońce zachodzi i rzuca promienie na bloki, a w tle Fleet Foxes. Często warunki, w jakich poznajemy muzykę mają spory wpływ na jej ocenę. Fleet Foxes wszędzie brzmią świetnie. EPka "Sun Giant" miała swoje słabsze momenty, ale narobiła sporego zamieszania w moich uszach. Znowu alt-folk, ale z cudownymi inklinacjami do melodii lat 60-tych, harmonie wokalne, klimaty zbliżające zespół do barokowego popu, wszystko to składa się na wartość Fleet Foxes. Czasami Simon i Garfunkel spotykający Love z "Forever Changes", czasami aranże przypominające Beach Boys z okresu dojrzałości. Debiut chłopaków z Seattle nie jest ani nowatorski, ani odkrywczy, ale czy w 2008 roku ktoś obiera te kategorie za podstawowe przy ocenie płyt? Kolejnym atutem selftitla Fleet Foxes jest czas trwania. Formuła takiej muzyki może zmęczyć i np. mnie 60 minut "Visiter" Dodos zmęczyło. Tutaj nie ma o tym mowy - 11 utworów, większość ujęta w klasyczne ramy 3 minut z hakiem - wystarczająco, by zachwycić się melodiami i harmoniami, by nasycić uszy magiczną podróżą w krainę łagodności i nie poczuć przesytu. Album jest też bardzo równy, praktycznie każdy utwór stanowi o jego sile, mnie natomiast najbardziej przypadły do gustu Heard Them Stirring i Your Protector, z cudnym wokalnie intrem. Jak do tej pory debiut Fleet Foxes jest jedną z najlepszych propozycji muzycznych tego roku, który, powiedzmy szczerze, do najlepszych (przynajmniej na razie) nie należy. Zwróćcie też uwagę na okładkę - "Przysłowia niderlandzkie" Pietera Bruegela (starszego).

środa, 4 czerwca 2008

Sigur Ros goes freaky?

Kiedyś pisanie o Sigur Ros było bardzo trudne, co więcej - niepotrzebne. Aegetis Byrjun znamy i kochamy wszyscy, później bywało różnie, ale to nie przeszkadza mi w darzeniu Skandynawów czymś więcej, niźli tylko sympatią. Gobbledigook to zapowiedź... No właśnie czego?Od pierwszych sekund mnie zamurowało. Freak-folk?! Przepraszam, czy na bębnach gra Panda Bear? Nie? No coś ty. Nie ma mroźnej Islandii, nie ma bajkowej krainy Takk. Jest radosny prymitywizm (klip dość jednoznaczny), melodyjny w cholerę, brzmi to jak mniej naćpane "Sung Tongs", albo jak Grizzly Bear na wycieczce po dzikich ostępach Islandii, z Jonsim za przewodnika. Nie, nie, tak se ne da. Wtórność Gobbledigook zabiera mi prawie całą przyjemność z obcowania. Sympatyczny to utworek, przyjemny, z chórkami, akustyczny i w ogóle cacy. Aber! Rozumiem, że Sigur Ros szuka jakiejś nowej drogi, ale w tym utworze to jacyś nawiedzeni prymitywiści z okolic New York nam zespół podmienili! Żeby nie było nieporozumień - ja nawiedzonych prymitywistów lubię, ale nie pod szyldem Sigur Ros. Quo vadis Sigurze? Nach New York? Do premiery albumu "Með suð í eyrum við spilum endalaust" ponad trzy tygodnie, na okładce chłopaki biegną nago w pola i łąki. Hipisostwa się im zachciało. No cóż, pożyjemy, zobaczymy, jak mawia moja babcia.

Dla leniwych link:
Sigur Ros - Gobbledigook

piątek, 23 maja 2008

Jak Anioła Głos. WTF?

Rozumiem, że Polacy mają manię wpadania w histerię przy totalnie gnojnych chujozach (vide Ich Troje choćby), ale ludzie! Byłem świadom, że zespół Feel podbił rozmiękczone komercyjnymi rozgłośniami serca zjadaczy chleba między Odrą i Bugiem, oczywiście. Reklamę banku ("mój dooom!", swoją drogą chyba większego kurestwa wśród muzyków polskich nie było w III RP, może tylko Michał na wiecach Leppera) owszem, znam. "Chodź tu do mnie, poczuj się swobodnie" - wiadomo. Czyli, można powiedzieć, w sprawach zespołu Feel byłem na bieżąco. Błąd. Romantyczne dusze z kraju nad Wisłą opanował najnowszy ich singiel, piękny - o Bogu i Miłości, o Aniołach i Pomarańczach - "Jak Anioła Głos". Nie znałem, doprawdy, przeczytałem na porcysiu gdzieś, że to jakiś nowy hicior, zrobiłem rekonesans i - WTF? Ludzie naprawdę przy tym miękną. Sorewicz, ktoś tu sobie poważne jaja robi, "ładny tu macie burdel, siostry!" Postanowiłem jednak wyabstrahować od treści muzycznej utworu, cynicznych rozgrywek chłopców o twarzach niewinnych, pierwszym wąsem przyprószonych (a google mi mówi, że Piotr Kupicha rocznik 1979 - jak ta telewizja odmładza!). Ta jaka jest, każdy słyszy - potoki kału w rzygowinach quasi - melodii i na tym poprzestańmy. Jednakże intryguje sprawa tekstu. Polski (pewnie nie tylko polski, co pokazuje sukces "Push the button"- heloooł! Tam przecież soft porno się w tekście wdzięczy!) zjadacz radia nie zwraca w ogóle uwagi, co tam mu śpiewają do uszu jego niemalże umytych. Przypominają mi się inne kwiatki - "Szklanka wody", "Wstań powiedz nie jestem sam" (tytułu właściwego nie znam), "Niech mówią, że to nie jest miłość nie" (j.w.) itd. Teksty tych "utworów" w ogóle nie mają sensu. Nie, one nie mają sensu ukrytego. One są, tutaj padnie idealne określenie, "z dupy". Sprawiają wrażenie wygenerowanych przez maszynę do totolotka, gdzie na każdej piłeczce jest jeden wyraz. "Komora maszyny losującej jest pusta. Następuje zwolnienie blokady." Mamy tekst. W przypadku "Jak Anioła Głos", Kupicha Piotr, chłopak ze Śląska, do swojej pustej komory myślowej wrzucił hasła nośne, które zjadacz radia kupi na pewno: Bóg, Anioł, Ona, Ból i Pomarańcze (?). Wyszła historia sprawna, o pustych szklankach, boskim przewodniku na drodze i innych tego typu sprawach. Co prawda nie ma to żadnego sensu, logicznych powiązań, ale co tam! "Ciemny lud to kupi", cytując klasyka. Dla leniwych link do tekstu poniżej.

Jak Anioła Głos

sobota, 17 maja 2008

W pytkie singiel

Miała być recenzja całej (zajebistej) płyty, ale niestety Kamil Dżej mnie ubiegł i żeby nie było, że ze Skrinejdżers zżynam, czy coś, to tylko klip wrzucam , żebyście sobie podoznawali przy bezpretensjonalnie melodyjnym kawałku, jakoż i my z Kamilem Dżej od dłuższego czasu czynimy:

Renton - Take Off



Od dłuższego czasu możemy z radością przyglądać się, jak baraszkują trendy normalności w kojcu zafajdanym przez alternatywę spod znaku Pidżamy Porno i innych tego typu Happysadów. Wreszcie zamiast jakiś aksjologicznych masturbacji słyszę teksty bez spinek, z luzem i polotem. Ta płyta tę tendencję potwierdza. Oczywiście, nie jest jakaś przezajebista, nie jest szczególnie odkrywcza, czy świeża. Słychać post-punk, słychać klasyczny gitarowy indie-pop. W zasadzie mankamentem tej płyty jest jej rozstrzelenie stylistyczne, jakoś mało jest tych post-punków, mało garażowych brudów, za dużo lśniącego lakieru, a i nawet dwie balladki (ok, coś w rodzaju balladek). Drażnić może maniera Karwowskiego, który czasami popada w stany zbliżone do wycia, ale tylko czasami i wokalnie to ja jestem "za" przy tej płycie. W sumie "Take Off" to równo wysmażony stek, jeszcze tłuszczyk skwierczy, ale highlighty są. "Hey Girl" to wiadomo, klasa (na forum blazerów porcysiowych głosy jakoby Renton był "one hit wonder", lol), singlowe "Walk Aside" fajnie się rozwija, "3 Days" też się wybija. Odnośnie tego rozwijania: wiele kawałków na płycie zaczyna się dosyć przeciętnie, przeciętnie trwa i oto hyc! i pojawia się jakiś ciekawy motyw, który nadaje trochę bardziej intrygujących barw Bladym Twarzom. Reasumując: "Take Off" dobrze się słucha, fajnie się nuci, sympatycznie po prostu jest, rozbrajająco banalnie i o to chodzi.

poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Animal Collective - Water Curses



5 maja nowa EPka Animal Collective. Wspaniała to wieść dla ludu freakującego miast i wsi! Powyżej teledysk do tytułowego kawałka - "Water Curses". Wymiata po całości! Mniej klip, choć koncept ciekawy, ale sama pieśń - pokręcona melodia, stopa Pandy miota rytmem jak oszalała, a produkcja sprawia wrażenie podwodnej. Bogactwo elementów wręcz poraża - co i rusz jesteśmy zaskoczeni - to ryk, to jakaś popieprzona zupełnie orkiestra wygrywa jakieś dziwadła, po prostu melodyjne pokurwieństwo, lub pokurwiona melodyjność. Czekam na całość!

środa, 23 kwietnia 2008

Magierski/Tymon - Oddycham smogiem



Czekałem na tę płytę bardzo długo. "Zmysłów pięć" Tymona to dla mnie nie tylko kawał świetnej muzyki (by nie rzec, po młodzieżowemu, "wyjebistej"), ale też masa wspomnień i po prostu sentyment ogromny dla owej płyty mam. Na wieść o tym, że Tymon zasiądzie z Magierą i powstanie "refleksyjna płyta, nawet w klimatach downtempo", to się ucieszyłem, ale to "downtempo"... Ale płyta już jest i od pierwszej do ostatniej minuty jest wprost cudnie. Nie będę grał napięciem, bawił się w kotka i myszkę, analizował i rozbierał - nie. Ta płyta wymiata. Na takie bity się czeka - gdzie perkusja to nie jakieś tam umyck-umcyk do rytmu, ale żywe, pulsujące stworzenie, gdzie smaczki tworzą po prostu pejzaże muzyczne, po których można wręcz spacerować i wreszcie - są one na tyle wysmakowane, by nie zgubić nas w gąszczu bogactwa dźwięków. Tyle o warstwie muzycznej - były wodotryski, teraz czas na ... No właśnie. Tymon z racji swej przypadłości znów nie umieszcza słów z literką "r", więc nie mógłby powiedzieć, że "tę płytę sponsorowała literka 'r'", ale może powiedzieć , że "tę płytę sponsorowała literka 'm' - jak 'myślenie'". Teksty są naprawdę przemyślane i oprócz standardowej opowieści o miejskich paranojach (heh, któż ich nie ma?) funduje nam romans w stylu retro ("Chciałbym cię spotkać"), niepokoje klasy pracującej ("Hipis"), wycieczkę do biura rzeczy znalezionych ("Biuro" - co za puenta!), czy cudowną zabawę słowem w "Detoxie". Po tej wyliczance, w której wymieniłem prawie wszystkie utwory z płyty czas na łyżkę dziegciu. Czuję niedosyt, wiem, że to bardziej EPka, aniżeli pełnoprawny album, ale jednak... Tymon i Magiera (a także Mały72 i Igor Pudło ze Skalpela, którzy maczali palce w produkcji) pokazali, że polski hip-hop AD 2008 ciągle może intrygować i paranoje życia w mieście to wciąż płodny temat, ale kurde, chłopaki! Jakeście się zeszli, to nie trza wam było się tak szybko rozchodzić! Że tak z chłopska zawołam. 9 utworów to jednak liczba niewielka, szczególnie przy możliwościach obu panów... Cudna to płyta, z niedosytem trochę, ale od czego mamy "repeat"?

sobota, 29 marca 2008

The Teenagers - Reality Check



Poprosiłem Kamila Dżej, żeby mi dał ją z paczki od Sonica do posłuchania i ocenienia, bo byłem świadom szumu, jaki robi w mediach muzycznych (typu NME, nie ukrywajmy). I co?
I walczę, się miotam, bo tak - sympatyczny indie-pop (brr, oklepany termin), są "momenty" (Streets Of Paris, czy Homecoming), fajne teksty miejscami ( "I fuck my American cunt", a dzioucha na to : "I love my English romance", słodkie-taka gra: cynik kontra zakochane dziewczę), ale... Taka ejtisowa produkcja (chyba najbardziej w "French Kiss" się objawia), kształt gitar (progresja akordów, etc.) to wtórność, wtórność taka, że inżynier Mamoń się włącza ("Tigermilk" Belle & Sebastian, tak z brzegu choćby). W tym siła albumu, ale audytorium przyzna - co to za siła, gdy jej główne uderzenie polega na epatowaniu znanymi nam schematami? Mam słabość do tej płyciny, bo sympatyczna jest, jak młodsza kuzynka, albo pani w szkole. Znowu zgrzyt - te syntezatory w "III" to słyszałem już tyle razy, że wstyd i hańba, balladki w stylu "End Of The Road" takoż i ciągnąć tak można długo. Jak nie macie czego słuchać, a wiosna idzie i macie ochotę na piosenki - 'Reality Check" trochę umila czas, trochę intryguje, trochę... Z takim "trochę" kończę i odsyłam na majspejsy i inne farmazony, coby się zapoznać z The Teenagers.

wtorek, 26 lutego 2008

Vampire Weekend - Vampire Weekend



Wszędzie ich pełno. Oczywiście w kontekście "rewolucji", "objawienia" i wszelkich innych onanistycznych określeń Anglosasów wobec co drugiego nowego zespołu. Self-titled Vampire Weekend to oczywiście żadne objawienie i żadna rewolucja. To dobra płyta, a przede wszystkim - przyjemna. Ma w sobie coś, za co ją uwielbiam - nazwałbym to akademicką lekkością. Zespół często nawiązuje do swego collegowego podwórka i ja to kupuję. Dlaczego? Oczywiście mogę się z tym utożsamić, dla mnie studiowanie to niespotykany luz i bardzo przyjemny okres życia. Sporo w Vampire Weekend takiego typowo amerykańskiego, collegowego lansu, o którym od czasu debiutu Weezera dawno nie słyszeliśmy (głupawe komedie się nie liczą). Najjaśniejsze punkty albumu to "Campus" ze świetnym refrenem i "Boston" z punkowym pazurkiem, ale "najjaśniejsze punktowanie" wobec tak równego albumu spełza na niczym. Może to moja naiwność i daję się w tym momencie chwytać na wyrachowanie cynicznych Jankesów, ale ta płyta mnie wzięła. Nawet takie pseudo - ska w "A-Punk" mi nie przeszkadza - no w takim wypadku naprawdę coś jest na rzeczy. Zapomniałbym dodać, że Vampire Weekend trochę podchwytują modne już od jakiegoś czasu afro-popowe dźwięki, ale bez przesady - to taki amerykański, collegowy zespół. Tylko tyle i aż tyle.

niedziela, 17 lutego 2008

These New Puritans - Beat Pyramid



Kolejni ulubieńcy brytyjskiej prasy muzycznej, którzy wykonują niby-nu-rave (ależ niespodzianka). Nie mam nic przeciwko zespołowi Klaxons (któremu przypadło w udziale być prowodyrem tego nurtu), ale to ani nu, ani rave. Taneczny rock po prostu, sympatyczny, miejscami intrygujący. Podpięto pod ten "nurt" These New Puritans. Płytka "Beat Pyramid" jest.... hmmm. No właśnie. Mam z nią problem, bo naprawdę mi się podoba, ale jest miejscami wtórna wobec choćby Klaxonów, a i czasami zespół gubi się w jakichś mroczno-industrialnych klimatach. Najlepiej wychodzą im piosenki, jak chociażby singlowy "Elvis", czy "Numerology". W tym ostatnim ( a w zasadzie pierwszym na płycie, zaraz po intrze) mamy wykładnię typowej "piosenki" TNP: skandowanie fraz do rytmicznej, industrialnej perki, a potem ziut i jakaś melodyjka przy klawiszach i gitarce. Idzie się przyzwyczaić, a nawet polubić. Niestety, Purytanie wcisnęli na płytę trochę instrumentalnych zapełniaczy, co przy całym czasie trwania circa 35 minut nie może być atutem. Nie wiem, co też mam poczynić z czwórką młodzieńców z Wielkiej Brytanii. Zrugać, to nie zrugam, bo płyta jest udana. W zachwyt nadmierny też nie popadnę, bo i nie ma nad czym. Najlepiej dla wszystkich byłoby wykroić z tego porządną EPkę, która znalazłaby się nie tylko w "Best New Music" na Pitchforku, ale też i w moim podsumowaniu rocznym, dość wysoko pewnie. Niestety, tak się nie stanie, bo i "Beat Pyramid" to dosyć nierówny, choć poprawny album.