
Lubię takie trafne deklaracje - "We Started Nothing" i wszystko jasne. The Ting Tings nic nie zaczynają. Narobili trochę zamieszania zeszłorocznym "Great DJ", który to singiel wybitnym nie był, w tym roku cośtam ktoś przebąkuje o "That's Not My Name". Ot, zwykłe indie-srindie taneczne (średnio) kawałki. Na domiar złego umieszczone jako dwa pierwsze na debiucie, że chyba ma nas niby powalić, czy coś. Mnie niestety nie powaliło, ale będąc sprawiedliwym - solidne to piosny, se zanucić można, albo tyłkiem trząsnąć. Później mamy "Fruit Machine" - znowu zachowawczy schemat i patenty na sekcję, że już można błagać Brytyjczyków i ich modne zespoły - dość! Później mamy echa dance punku w "Shut Up and Let Me Go" (całkiem udane - refren choćby), a oliwy do ognia wtórności dolewa "Keep Your Head". Z tymże "We Started Nothing" to nie tylko taneczny rock drugiej świeżości, co jakoś podnosi ogólną recepcję płyty. Eklektyzm zdaje się być częstym patentem wśród ostatnich debiutantów - nie wiem, czy to jakiś wyraz źle pojmowanego postmodernizmu, czy po prostu próba zamaskowania braków repertuarowych. Trzeba naprawdę robić to dobrze, żeby nie wpaść w stylistyczną rozwałkę (ostatnio to się chyba tylko MGMT udało). Ale wracając do Katie White i Julesa de Martino - wierzgają jak mogą, by uciec przed dusznymi schematami wspomnianymi wyżej - czy to delikatnym "Traffic Light", czy kawałkiem tytułowym, który tchnie na kilometr The Go! Team. Zresztą nawet w parkietowych odsłonach duet potrafi się odrobinę odświeżyć - choćby w udziwnionym "Impacilla Carpisung". Nie zmienia to jednak faktu, że ja czuję się zmęczony - The Ting Tings są najlepszym przykładem tego, że formuła tanecznego rocka i harców na parkiecie z przesterowanymi gitarami wymaga odświeżenia - nie ma tu ani energii wczesnego Rapture, ani polotu !!!. Brakuje też fajnych melodii, które na "We Started Nothing" sprowadzają się do przewidywalnych refrenów. Jeśli usłyszycie The Ting Tings, to może nie uciekajcie, ale zadajcie sobie pytanie: "czego oczekuję od muzyki?". Jeśli odpowiecie, że niezobowiązujących, tanecznych kawałków z miejscowymi pretensjami do czegoś więcej, to debiut duetu z Wielkiej Brytanii "daje radę". Jeśli nawet w tańcu szukacie polotu i finezji, a przede wszystkim lekkości, to na Ting Tings się niestety zawiedziecie, bo na tej dyskotece obowiązującym ubiorem jest kostium z żelbetonu. Ja preferuję luźne ciuchy, więc wolę zostać w domu.