wtorek, 17 czerwca 2008

The Hood Internet vs Lykke Li



The Hood Internet to ekstraklasa mashupów i innych tego typu historii. Potrafią przypieprzyć radykalnie (nigdy nie zapomnę reakcji Johnny'ego B na jeden z mixtape'ów THI: "leci sobie jakaś Menomena czy coś, a tu wjeżdża wokal z Umbrelli, no kurwa..."), ale ogólnie - uwielbiam taką muzyczną dekonstrukcję, zwłaszcza, że obce są mi kategorie herezji w remixach i innych tego typu re-produkcjach ("co kurwa? TLC i Led Zeppelin!?" -mnie to nie rusza). Szkoda, że EPka "The Hood Internet vs Lykke Li" przeszła trochę bez echa, choć ma już ponad miesiąc (a już niedługo nowy mixtape - mniam!). Wiadomo, fajne te pościelówy Lykke Li, przy "Little Bit" można się nawet rozpłynąć odrobinę, ale jakże fajnie je słyszeć w takich odsłonach! Chłopaki wzięli na warsztat np. electro Niemców z Digitalism, disco spod znaku Hercules and Love Affair, czy szwedzkie techno The Field. To wszystko w połączeniu z delikatnym wokalem Lykke Li stanowi naprawdę sympatyczne 25 minut. Zdecydowanie polecam!
Jak zwykle link dla leniwych:

The Hood Internet vs Lykke Li


No i stronka The Hood Internet

niedziela, 15 czerwca 2008

The Ting Tings - We Started Nothing



Lubię takie trafne deklaracje - "We Started Nothing" i wszystko jasne. The Ting Tings nic nie zaczynają. Narobili trochę zamieszania zeszłorocznym "Great DJ", który to singiel wybitnym nie był, w tym roku cośtam ktoś przebąkuje o "That's Not My Name". Ot, zwykłe indie-srindie taneczne (średnio) kawałki. Na domiar złego umieszczone jako dwa pierwsze na debiucie, że chyba ma nas niby powalić, czy coś. Mnie niestety nie powaliło, ale będąc sprawiedliwym - solidne to piosny, se zanucić można, albo tyłkiem trząsnąć. Później mamy "Fruit Machine" - znowu zachowawczy schemat i patenty na sekcję, że już można błagać Brytyjczyków i ich modne zespoły - dość! Później mamy echa dance punku w "Shut Up and Let Me Go" (całkiem udane - refren choćby), a oliwy do ognia wtórności dolewa "Keep Your Head". Z tymże "We Started Nothing" to nie tylko taneczny rock drugiej świeżości, co jakoś podnosi ogólną recepcję płyty. Eklektyzm zdaje się być częstym patentem wśród ostatnich debiutantów - nie wiem, czy to jakiś wyraz źle pojmowanego postmodernizmu, czy po prostu próba zamaskowania braków repertuarowych. Trzeba naprawdę robić to dobrze, żeby nie wpaść w stylistyczną rozwałkę (ostatnio to się chyba tylko MGMT udało). Ale wracając do Katie White i Julesa de Martino - wierzgają jak mogą, by uciec przed dusznymi schematami wspomnianymi wyżej - czy to delikatnym "Traffic Light", czy kawałkiem tytułowym, który tchnie na kilometr The Go! Team. Zresztą nawet w parkietowych odsłonach duet potrafi się odrobinę odświeżyć - choćby w udziwnionym "Impacilla Carpisung". Nie zmienia to jednak faktu, że ja czuję się zmęczony - The Ting Tings są najlepszym przykładem tego, że formuła tanecznego rocka i harców na parkiecie z przesterowanymi gitarami wymaga odświeżenia - nie ma tu ani energii wczesnego Rapture, ani polotu !!!. Brakuje też fajnych melodii, które na "We Started Nothing" sprowadzają się do przewidywalnych refrenów. Jeśli usłyszycie The Ting Tings, to może nie uciekajcie, ale zadajcie sobie pytanie: "czego oczekuję od muzyki?". Jeśli odpowiecie, że niezobowiązujących, tanecznych kawałków z miejscowymi pretensjami do czegoś więcej, to debiut duetu z Wielkiej Brytanii "daje radę". Jeśli nawet w tańcu szukacie polotu i finezji, a przede wszystkim lekkości, to na Ting Tings się niestety zawiedziecie, bo na tej dyskotece obowiązującym ubiorem jest kostium z żelbetonu. Ja preferuję luźne ciuchy, więc wolę zostać w domu.

piątek, 6 czerwca 2008

Fleet Foxes - s/t




Za oknem słońce zachodzi i rzuca promienie na bloki, a w tle Fleet Foxes. Często warunki, w jakich poznajemy muzykę mają spory wpływ na jej ocenę. Fleet Foxes wszędzie brzmią świetnie. EPka "Sun Giant" miała swoje słabsze momenty, ale narobiła sporego zamieszania w moich uszach. Znowu alt-folk, ale z cudownymi inklinacjami do melodii lat 60-tych, harmonie wokalne, klimaty zbliżające zespół do barokowego popu, wszystko to składa się na wartość Fleet Foxes. Czasami Simon i Garfunkel spotykający Love z "Forever Changes", czasami aranże przypominające Beach Boys z okresu dojrzałości. Debiut chłopaków z Seattle nie jest ani nowatorski, ani odkrywczy, ale czy w 2008 roku ktoś obiera te kategorie za podstawowe przy ocenie płyt? Kolejnym atutem selftitla Fleet Foxes jest czas trwania. Formuła takiej muzyki może zmęczyć i np. mnie 60 minut "Visiter" Dodos zmęczyło. Tutaj nie ma o tym mowy - 11 utworów, większość ujęta w klasyczne ramy 3 minut z hakiem - wystarczająco, by zachwycić się melodiami i harmoniami, by nasycić uszy magiczną podróżą w krainę łagodności i nie poczuć przesytu. Album jest też bardzo równy, praktycznie każdy utwór stanowi o jego sile, mnie natomiast najbardziej przypadły do gustu Heard Them Stirring i Your Protector, z cudnym wokalnie intrem. Jak do tej pory debiut Fleet Foxes jest jedną z najlepszych propozycji muzycznych tego roku, który, powiedzmy szczerze, do najlepszych (przynajmniej na razie) nie należy. Zwróćcie też uwagę na okładkę - "Przysłowia niderlandzkie" Pietera Bruegela (starszego).

środa, 4 czerwca 2008

Sigur Ros goes freaky?

Kiedyś pisanie o Sigur Ros było bardzo trudne, co więcej - niepotrzebne. Aegetis Byrjun znamy i kochamy wszyscy, później bywało różnie, ale to nie przeszkadza mi w darzeniu Skandynawów czymś więcej, niźli tylko sympatią. Gobbledigook to zapowiedź... No właśnie czego?Od pierwszych sekund mnie zamurowało. Freak-folk?! Przepraszam, czy na bębnach gra Panda Bear? Nie? No coś ty. Nie ma mroźnej Islandii, nie ma bajkowej krainy Takk. Jest radosny prymitywizm (klip dość jednoznaczny), melodyjny w cholerę, brzmi to jak mniej naćpane "Sung Tongs", albo jak Grizzly Bear na wycieczce po dzikich ostępach Islandii, z Jonsim za przewodnika. Nie, nie, tak se ne da. Wtórność Gobbledigook zabiera mi prawie całą przyjemność z obcowania. Sympatyczny to utworek, przyjemny, z chórkami, akustyczny i w ogóle cacy. Aber! Rozumiem, że Sigur Ros szuka jakiejś nowej drogi, ale w tym utworze to jacyś nawiedzeni prymitywiści z okolic New York nam zespół podmienili! Żeby nie było nieporozumień - ja nawiedzonych prymitywistów lubię, ale nie pod szyldem Sigur Ros. Quo vadis Sigurze? Nach New York? Do premiery albumu "Með suð í eyrum við spilum endalaust" ponad trzy tygodnie, na okładce chłopaki biegną nago w pola i łąki. Hipisostwa się im zachciało. No cóż, pożyjemy, zobaczymy, jak mawia moja babcia.

Dla leniwych link:
Sigur Ros - Gobbledigook