środa, 16 lipca 2008

Lil Wayne - Tha Carter III




Można twierdzić, że hip-hop umarł, że się skończył na "żywych" samplach, że nic, co powstanie poza tą formułą nie jest godne uwagi. W zasadzie w Polsce o dobrą płytę trzymającą się dzisiejszych standardów "ameryczki" (jakie by one nie były) bardzo trudno - niby Tede, ale to temat na zupełnie inną bajkę. A ta "ameryczka" ciągle ma nam wiele do zaoferowania - całkiem przyzwoity Bun B choćby, czy bohater naszego dzisiejszego tu klepania w klawiaturę - Lil Wayne. Pisząc o "Tha Carter III" można zacząć od pierdół - że album się sprzedaje wprost fenomenalnie i dobił do ilości szajsu 50 Centa, albo że Weezy to jest kontrowersyjny, albo że ma fajną okładkę, nawiązującą do Biggy'ego i Nasa. To wszystko prawda, ale gdzieś nam umknie muzyka. Nie oszukujmy się - Weezy oprócz świetnych freestylów potrafi po prostu wkurwiać tymi swoimi jękami, ale ponownie - wkurwi jednych, zachwyci innych. Lil Wayne'a trzeba po prostu lubić. Nie wiem, czy jest najlepszym obecnie mainstreamowym raperem (w przeciwieństwie do wielu mediów, które już dzisiaj budują Carterowi Trzeciemu pomnik na wieki), ale wiem jedno - ta płyta jest tak świetnie wyprodukowana, że nawet największym wrogom Weezy'ego zmięknie rura. Kanye West, Swizz Beatz, Cool & Dre i inni dają nam przekrój amerykańskiego bitowania - od "tradycyjnych" podkładów made by Kanye do crunkowej rzeźni (ot, choćby A Mili). Chyba właśnie przez tę różnorodność Carter Trzeci jest tak intrygujący, że trudno się od niego oderwać. W sprawie wersów: "Motherfucker I'm ill not sick" deklaruje Weezy i to chyba najlepsze podsumowanie. Dominuje luźna jazda, hedonistyczne klimaty dirty southu (wyjątki typu "Tie My Hands" potwierdzają regułę), więc Lil Wayne raczej nie zostanie prorokiem, za to bawi się tym swoim jęczydłem jak może i potrafi naprawdę położyć coś intrygującego na nasze uszy. Carter Trzeci to płyta wprost przeładowana hookami, bez zbędnego zadęcia, także z gościnnymi akcentami na poziomie (m.in. Jay-Z i Bun B, a nawet T-Pain w "Got Money" daje radę) i powiedzmy sobie szczerze - jeśli tak ma wyglądać komercyjny hip-hop, to się na to piszę.

czwartek, 10 lipca 2008

Lenistwo...

Wakacje, lenistwo etc.... Powalające We vs. the Shark, świetne nowe Girl Talk (jak mi się zachce, to walnę reckę hehe), wymiatający Carter Trzeci Weezy'ego, Gural dający radę, a tak poza tym... Pomyslałemn że jakoś Openera podsumuję, o.
Nie będę wymieniał po kolei każdego i wyliczał fajne-niefajne, bo to nuda i ogólnie rzygowiny, za to skupię się na highlightach:
Jay - Z : rozwałka! Zestaw hiciorów (m.in. 99 Problems, Roc Boys, Hardnock Life, Encore, IZZO), przeplatanych dodatkowo popiszczem (Umbrella hehe), mistrzowscy bębniarze, świetna sekcja dęta, po prostu Hova przyjechał, rozjebał towarzystwo i wyszedł. Koncert bez bisów, zostawiający ze szczeną na podłodze i zdrowym niedosytem.
Roisin Murphy: Głos! Niesamowite warunki wokalne, świetny set (Ruby Blue i Sow Into np.), show przednie (przebieranki, tańce i hulanki) i wizualna oprawa - występ po prostu świetny.
Fischerspooner: electro teatr, rozśpiewany, roztańczony, nietuzinkowy, nieobesrany własną "wielkością" (Interpol, Massive Attack- please stand up). Casey jest wokalistą, um, średnim, ale jego wyczyny na scenie (jak i całego zespołu) - to było coś. Dla nieobeznanych - odpalcie album "Odyssey" i miejcie coś z życia.
No i nagroda specjalna - Fujiya & Miyagi. Takie granie lubię. Matematyka, ale mniej epicka niż Battles. To nie walka o Nobla, ale akademicy znad ciężkich równań i za to piona. Za kostki na ekranach też.
O polskich zespołach nie będę pisał dużo, bo i nie ma o czym - jedynie Ścianka trzymała poziom ze swoimi panplanetowymi noisami. Muchy żenada (najebany Wiraszko absolutnie nie daje rady), scenę Young Talents po usłyszeniu zespołu Ziemianie omijałem szerokim łukiem (choć jakieś lepsze momenty na tej scenie były).
Organizacja ok, Erykah w nocy nie ok (choć to wynikło z obiektywnych okoliczności, o 19 pewnie trafiłaby do highlightów, a tak to koło 2 ja trafiłem do autobusu), czyli wyjazd udany, reasumując.