W 2004 roku Snoop Dogg pokazał nam chłodną przyszłość. "Drop It Like It's Hot" porażał swoim minimalizmem i odhumanizowaniem (a przecież mamy tu i beatbox- to jest dopiero sztuka
!). Pod koniec 2007 roku lecimy znowu dalej, w rejony poza czasem. "Sensual Seduction" (które wcześniej pojawiło się na jego majspejsie jako "Sexual Eruption") to futuryzm, awangarda współczesnego popu. Snoop śpiewa przez większą część kawałka! Więcej - ma nałożony vocoder, przez wielu uważany za najbardziej kiczowaty efekt wokalny! Zaskakuje nas chłopak! Na deser zostajemy zaatakowani luźnym flow w rapowanej zwrotce. Trudne pytania: Snoop Dogg - cybernetyczny alfons? Kosmiczny pimp? Nie starczy nam określeń na wybieg muzycznego astronauty, będziemy ciągle dwa kroki za nim. On zaś będzie w awangardzie, kreśląc szlaki gwiezdnego popu. "Sensual Seduction" ma retro wideoklip, który dookreśla nam wizję jego popu.
Kosmiczny Snoop
niedziela, 9 grudnia 2007
wtorek, 27 listopada 2007
Rotofobia
Za namową wiadomego serwisu, który ostatnio stara się udowodnić, że jednak nie umarł wysłuchałem EPki przedstawicieli warszawskiej sceny indie, czyli Rotofobii. Redaktor Michalak bardzo dyplomatycznie i jedynie aluzyjnie wypunktował ten zespolik, mnie na szczęście żaden konwenans nie zatrzymuje w napisaniu jednego, dobitnego słowa. Brzydkie jest, ale cóż poradzić? Jakim innym słowem wyrazić można wycie grafomaństwem podszyte, jakieś taneczno-elektroniczne reminiscencje w tle (indie w końcu, nie?), gitary, których forma jest już do wyrzygania zużyta, wtórna do bólu? Chujowe. Tak właśnie. Stronę internetową mają fajną, ale na tym koniec. Zdecydowanie nie polecam.
Rotofobii strona www.
Rotofobii strona www.
Muchy - Terroromans

Na to wydarzenie czekało wielu ludzi. Niecierpliwie sprawdzaliśmy playlistę itd. Wreszcie - odpakowanie z folii, umieszczenie w discmanie i...
Ladies and gentleman we have a winner! Takiej płyty kulawa i ułomna w swym zaściankowym szyku Polska dawno nie widziała. Melodie, aranżacje, teksty przede wszystkim - czuję, że obcuję z czymś ważnym, z czymś, co stara się przedefiniować pojęcie polskiej alternatywy. Karierę wreszcie kończy Pidżama Porno, Muchy wydają płytę - symbolizm popkulturowy działa. Oczywiście nie porównuję Much do kałowej Pidżamy. Estetyka warszawskiego tria prowadzi nas w zupełnie inne rejony, gdzie nie ma wstępu urżnięta, małomiasteczkowa gawiedź w wieko ok. 15 lat. Mógłbym pisać tu o tekstach, o "zatańczymy jak owady/ przy zakurzonej żarówce/najlepiej na obcasach/i po dużej wódce" i innych genialnych momentach Wiraszki, mógłbym pisać o "Brudnym śniegu" i innych, nowych aranżacjach znanych na pamięć z wcześniejszych wydawnictw piosenek - ale po co? Każde polskie domostwo niech się zaopatrzy w "Terroromans", a zakłady pracy kolektywnie zakupić powinny po egzemplarzu dla pracowników. Wracam do słuchania, co też polecam każdemu.
sobota, 24 listopada 2007
Proof of Youth

Miałem cholernie ciężką zagadkę do rozwiązania. Słucham nowego albumu The Go! Team i sam nie wiem, cały czas nie wiem... Co myśleć o muzyce, która ciągle jedzie na tych samych (co prawda świetnych) patentach? OK, jest więcej rapowania, są nawet zwolnienia (może niepotrzebnie niektórzy przy pisaniu o The Go! Team nawiązywali do The Avalanches?), ale panowie i panie! Nie jest to płyta zła, przeciwnie - ponownie jesteśmy sprawnym ruchem kładzeni na łopatki, perkusiści mają ADHD, a melodie są zgiełkliwe i optymistyczne, że tak powiem. Nie sposób nie lubić tej muzyki i ten truizm oddaje chociaż trochę istotę problemu. Ot, chociażby closer, czyli "Patricia's moving picture" - dęciaki, energia, cud, miód i orzeszki, ale... Gdzieś to słyszałem robaczki! Tak, tak, na "Thunder, Lightning, Strike" właśnie. Zespół próbuje uciekać od debiutu - więcej jest rapowania Ninjy i ogólnie oldschoolowego hip-hopu (he, nawet Chuck D się załapał we "Flashlight Fight"), plus specyficzny groove jako przyprawa do melodii ("Doing it right" np.). Płyta jest krótka, równa (no dobra - "My world" to zapychacz, my bad) i ma momenty wybitne - "Keys to the City" ma taki rytm, że jeżeli ktoś się nie buja to ma dupsko z betonu, albo paraliż ośrodka umysłowo-decyzyjnego. For real hołmis, ten kawałek jest zabójczy, Ninja skanduje, dęciaki jadą po bandzie i jest gites. Pewnie każdy znajdzie jakiegoś killera dla siebie i to jest Moc tej płyty, jak u Luke'a Skywalkera co najmniej, a ja po praniu mózgu przez Iana Partona i ekipę mam wydać wyrok. "Proof of Youth" to naprawdę dobra płyta. Po debiutanckim "Thunder, lightning, strike" ciężko było o coś nowego w formule The Go! Team, naprawdę. Mam nadzieję tylko, że dostaniemy następnym razem coś zaskakującego po całej linii, a i odświeżenie stylistyki nie zaszkodzi. Of Montreal dał radę, a uważam, że zespół Partona też na to stać. Chociaż... Kevin Barnes, to Kevin Barnes... W każdym razie będę kibicował The Go! Team całym sercem, bo i dostarczają rozrywki na poziomie prze-wy-jebistym. Amen.
czwartek, 22 listopada 2007
Miała być notka o nowym The Go! Team, ale ciągle walczę z tą płytą i porządkuję swoją opinię. Natomiast rekompensata - Krzysiu jak zwykle w formie i rozkłada wprost na łopatki.
poniedziałek, 19 listopada 2007
Wu - Tang Clan ain't nothin' to fuck with?
Po tym, gdy gruchnęła wieść, że Wu-Tang Clan scoveruje "While My Guitar Gently Weeps" stwierdziłem, że chyba kolega klanowiec Geniusz trochę przegiął z pomysłem. Danger Mouse i jego Szary Album pokazał, że pomysł zderzenie Fabfour z walcem świata emsis i bitów może byc niestrawną pożywką na zasadach ekscentrycznego udowodnienia, że "się da". Czy "się dało" w wypadku chłopaków z Wu-Tang Clan? Że niby Erykah Badu śpiewa, Frusciante z synem Harrisona wiosłują i ma nas to jarać? Taki pełen sceptycyzmu w sobie posłuchałem pierwszy raz. Drugi. Trzeci. Reakwon nie wyrabia, nie daje rady innymi słowy. Ghostface - wiadomo ("that bitch is crazy" na melodii - profanacja, czy puszczanie oczka udane?), Method toż samo (ten gość mógłby mi czytać rachunek z warzywniaka i tak chcę go słuchać). Bit... Ciężki orzech - na pewno za dużo gitary (jęczy w tle, schowana, ale działa na nerwy nie raz i nie dwa), ale zagrane to z polotem i Eryką, która tutaj dodała soulowego posmaczku. Tak słucham i nie wiem... Profanacja to nie jest, użycie melodii od Fabfour gwarantuje miejsce w pamięci słuchacza na 12 godzin, więc tragedii nie ma. Jednej rzeczy pojąc nie mogę: czemu służy taki crossover na x zmiennych? Jeżeli tak ma wyglądac "8th Diagrams" (lista gości optymistycznie nie nastraja), to ja wracam do 36 Komnat. Bring Da Madafakin Rakasssss!!!!
http://www.youtube.com/watch?v=OKI8s7NDrhs
http://www.youtube.com/watch?v=OKI8s7NDrhs
!!!
Tytułem wstępu - zawsze odnosiłem się do blogowania z dystansem, niemniej doceniam bloggerski wkład w żywotność pewnej materii w Sieci. Przeczytacie tutaj o muzyce - klipach, slipach, singlach. Felietony, recenzje i czego tam jeszcze chcecie (bądź nie).
Subskrybuj:
Posty (Atom)