środa, 4 czerwca 2008

Sigur Ros goes freaky?

Kiedyś pisanie o Sigur Ros było bardzo trudne, co więcej - niepotrzebne. Aegetis Byrjun znamy i kochamy wszyscy, później bywało różnie, ale to nie przeszkadza mi w darzeniu Skandynawów czymś więcej, niźli tylko sympatią. Gobbledigook to zapowiedź... No właśnie czego?Od pierwszych sekund mnie zamurowało. Freak-folk?! Przepraszam, czy na bębnach gra Panda Bear? Nie? No coś ty. Nie ma mroźnej Islandii, nie ma bajkowej krainy Takk. Jest radosny prymitywizm (klip dość jednoznaczny), melodyjny w cholerę, brzmi to jak mniej naćpane "Sung Tongs", albo jak Grizzly Bear na wycieczce po dzikich ostępach Islandii, z Jonsim za przewodnika. Nie, nie, tak se ne da. Wtórność Gobbledigook zabiera mi prawie całą przyjemność z obcowania. Sympatyczny to utworek, przyjemny, z chórkami, akustyczny i w ogóle cacy. Aber! Rozumiem, że Sigur Ros szuka jakiejś nowej drogi, ale w tym utworze to jacyś nawiedzeni prymitywiści z okolic New York nam zespół podmienili! Żeby nie było nieporozumień - ja nawiedzonych prymitywistów lubię, ale nie pod szyldem Sigur Ros. Quo vadis Sigurze? Nach New York? Do premiery albumu "Með suð í eyrum við spilum endalaust" ponad trzy tygodnie, na okładce chłopaki biegną nago w pola i łąki. Hipisostwa się im zachciało. No cóż, pożyjemy, zobaczymy, jak mawia moja babcia.

Dla leniwych link:
Sigur Ros - Gobbledigook

Brak komentarzy: