
Wszędzie ich pełno. Oczywiście w kontekście "rewolucji", "objawienia" i wszelkich innych onanistycznych określeń Anglosasów wobec co drugiego nowego zespołu. Self-titled Vampire Weekend to oczywiście żadne objawienie i żadna rewolucja. To dobra płyta, a przede wszystkim - przyjemna. Ma w sobie coś, za co ją uwielbiam - nazwałbym to akademicką lekkością. Zespół często nawiązuje do swego collegowego podwórka i ja to kupuję. Dlaczego? Oczywiście mogę się z tym utożsamić, dla mnie studiowanie to niespotykany luz i bardzo przyjemny okres życia. Sporo w Vampire Weekend takiego typowo amerykańskiego, collegowego lansu, o którym od czasu debiutu Weezera dawno nie słyszeliśmy (głupawe komedie się nie liczą). Najjaśniejsze punkty albumu to "Campus" ze świetnym refrenem i "Boston" z punkowym pazurkiem, ale "najjaśniejsze punktowanie" wobec tak równego albumu spełza na niczym. Może to moja naiwność i daję się w tym momencie chwytać na wyrachowanie cynicznych Jankesów, ale ta płyta mnie wzięła. Nawet takie pseudo - ska w "A-Punk" mi nie przeszkadza - no w takim wypadku naprawdę coś jest na rzeczy. Zapomniałbym dodać, że Vampire Weekend trochę podchwytują modne już od jakiegoś czasu afro-popowe dźwięki, ale bez przesady - to taki amerykański, collegowy zespół. Tylko tyle i aż tyle.
