wtorek, 26 lutego 2008

Vampire Weekend - Vampire Weekend



Wszędzie ich pełno. Oczywiście w kontekście "rewolucji", "objawienia" i wszelkich innych onanistycznych określeń Anglosasów wobec co drugiego nowego zespołu. Self-titled Vampire Weekend to oczywiście żadne objawienie i żadna rewolucja. To dobra płyta, a przede wszystkim - przyjemna. Ma w sobie coś, za co ją uwielbiam - nazwałbym to akademicką lekkością. Zespół często nawiązuje do swego collegowego podwórka i ja to kupuję. Dlaczego? Oczywiście mogę się z tym utożsamić, dla mnie studiowanie to niespotykany luz i bardzo przyjemny okres życia. Sporo w Vampire Weekend takiego typowo amerykańskiego, collegowego lansu, o którym od czasu debiutu Weezera dawno nie słyszeliśmy (głupawe komedie się nie liczą). Najjaśniejsze punkty albumu to "Campus" ze świetnym refrenem i "Boston" z punkowym pazurkiem, ale "najjaśniejsze punktowanie" wobec tak równego albumu spełza na niczym. Może to moja naiwność i daję się w tym momencie chwytać na wyrachowanie cynicznych Jankesów, ale ta płyta mnie wzięła. Nawet takie pseudo - ska w "A-Punk" mi nie przeszkadza - no w takim wypadku naprawdę coś jest na rzeczy. Zapomniałbym dodać, że Vampire Weekend trochę podchwytują modne już od jakiegoś czasu afro-popowe dźwięki, ale bez przesady - to taki amerykański, collegowy zespół. Tylko tyle i aż tyle.

niedziela, 17 lutego 2008

These New Puritans - Beat Pyramid



Kolejni ulubieńcy brytyjskiej prasy muzycznej, którzy wykonują niby-nu-rave (ależ niespodzianka). Nie mam nic przeciwko zespołowi Klaxons (któremu przypadło w udziale być prowodyrem tego nurtu), ale to ani nu, ani rave. Taneczny rock po prostu, sympatyczny, miejscami intrygujący. Podpięto pod ten "nurt" These New Puritans. Płytka "Beat Pyramid" jest.... hmmm. No właśnie. Mam z nią problem, bo naprawdę mi się podoba, ale jest miejscami wtórna wobec choćby Klaxonów, a i czasami zespół gubi się w jakichś mroczno-industrialnych klimatach. Najlepiej wychodzą im piosenki, jak chociażby singlowy "Elvis", czy "Numerology". W tym ostatnim ( a w zasadzie pierwszym na płycie, zaraz po intrze) mamy wykładnię typowej "piosenki" TNP: skandowanie fraz do rytmicznej, industrialnej perki, a potem ziut i jakaś melodyjka przy klawiszach i gitarce. Idzie się przyzwyczaić, a nawet polubić. Niestety, Purytanie wcisnęli na płytę trochę instrumentalnych zapełniaczy, co przy całym czasie trwania circa 35 minut nie może być atutem. Nie wiem, co też mam poczynić z czwórką młodzieńców z Wielkiej Brytanii. Zrugać, to nie zrugam, bo płyta jest udana. W zachwyt nadmierny też nie popadnę, bo i nie ma nad czym. Najlepiej dla wszystkich byłoby wykroić z tego porządną EPkę, która znalazłaby się nie tylko w "Best New Music" na Pitchforku, ale też i w moim podsumowaniu rocznym, dość wysoko pewnie. Niestety, tak się nie stanie, bo i "Beat Pyramid" to dosyć nierówny, choć poprawny album.