Hm i oto pierwszy klip z "Merriweather Post Pavilion" Animal Collective. O tej płycie jeszcze napiszę, ale trudno umieścić ją w ramach semantycznych, for real. Jest, jak już wyczułem po "Strawberry Jam" - nagle wszyscy kochają Animali, a ultraprzychylną recenzję przeczytamy nawet w Przekroju, w sumie skok jakościowy względem promowania Marii Awarii i innych quasi-geniuszy.
Literki:
Powyższa Maria Awaria dostała Paszport Polityki, ale to było do przewidzenia. Z nominowanych najlepiej jawią się mi Pustki, choć też jakieś super nie są. Co do Marii - język i temat kobiecej seksualności jak najbardziej, "rozchylam uda, jestem bezbronna jak Rospuda" - już nie.
Literacko Sylwia Chutnik opaszportowana. Całkiem zgrabna książka, oczywiście Witkowskiemu ustępuje, ale polecam. Szkoda ostatniej historii w książce, bo swoją infantylną ideologią psuje cały "Kieszonkowy atlas kobiet" i jej miejsce jest bardziej w jakimś punkowym zinie, przy wtórze frustracji Polski B. Niestety, "Lód" Dukaja to lektura tak długa, że przy natłoku uczelniano-radiowych spraw jeszcze jej nie przeczytałem. "Radio Armageddon" Żulczyka - jak to Żulczyk, naprawdę dobra, niezobowiązująca lektura, choć chyba gorsza od "Zrób mi jakąś krzywdę". Jego siłą (co dla wielu pop-dyletantów jest wadą) jest urokliwa, popkulturowa intertekstualność. Dla popożerców w sam raz, dla przypomnienia - lajtmotiwem "Zrób..." było "Where is my mind" Pixies, za co doczesny szacun.
A, Dejnarowicza podsumowanie roku:
Strona Trójki
Szkoda, że jeden z najbardziej osłuchanych ludzi w tym kraju wygłasza takie opinie i się trochę marnuje, wchodząc w pretensjonalną abnegację... Chyba żal po chłodnym przyjęciu "Divertimento" wciąż nie wygasł, heh. Mam nadzieję, że jego następne muzyczne myki, nad którymi pracuje, będą lepsze od nudnego i pretensjonalnego "Divertimento". Ma potencjał.
wtorek, 27 stycznia 2009
sobota, 24 stycznia 2009
Mirror's Edge

Hm, hm. Pomyślałem, że czas coś w blogu zmienić i efektem tego będzie zorientowanie go na szersze wody (pop)kulturalne. Oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko to, że oprócz refleksji na temat muzyki pojawią się refleksje o literaturze i grach także. O filmach nie za bardzo, bom kompletny laik i wygłupiał się nie będę. Na pierwszy ogień - Mirror's Edge.
Przyznam, że czekałem na to latanie Faith po dachach od pierwszych zapowiedzi i... Nie zawiodłem się, bo Mirror's Edge to po prostu zajebista rozrywka, ale z jednym zastrzeżeniem - gra testuje cierpliwość niczym wykład na kacu. Doprawdy, ilości bluzgów, jakie wyprodukowuje się podczas pykanie w ME jest porażająca. Ale szybcikiem - krótki tutorial i od razu plus - sterowanie jest intuicyjne, ale trzeba uważać. Przyzwyczajony do biegania po dachach w Assasin's Creed, cisnąłem spację do oporu. kończyło się to tragicznie zazwyczaj, więc trza uważać - interfejs jest czuły i nie bierze jeńców. Tutaj wyłania nam się niczym kiej potwór z czeluści sprawa niebagatelna - poziom trudności. Lecą kurwy, oj lecą. Karkołomne sekwencje ruchów sprawiają, że ginie się tu naprawdę łatwo. Sam efekt zejścia gwałtownego jest niesamowity (spadanie wręcz przeraża), ale jeżeli dzieje się to któryś tam raz z kolei (powyżej 10), i to w tym samym miejscu, to zostaje mi już jedynie frustracja. Dobrze, że chociaż sejwy się szybko wczytują (są automatyczne, choć czasami w zbyt odległych punktach). Do mojej martyrologicznej historii przejdzie epizod na placu budowy wieżowca, z którym męczyłem się 45 minut, bo notorycznie spadałem, a gra nie wiedzieć czemu wybierała sejwy na niższych kondygnacjach budynku. Makabres, prze państwa, nic innego. Mimo, że gra jest w sumie krótka (6-7 godzin na normalnym poziomie trudności), to przestoje bywają uciążliwe. Ale dość biadolenia, bo miejscami frustrująca częstotliwość spotkania z brukiem to jedyna wada Mirror's Edge. Oczywiście, fabuła będąca jakąś ubogą wariacją na temat urbanistycznej antyutopii także nie zachwyca (kurierzy poruszający się biegiem po dachach totalitarnego miasta przyszłości - pomysł ciekawy, ale wątek główny osadzony w tym świecie - siostra wrobiona w polityczne morderstwo - to pomysł, na który nawet dzieci z zerówki wpadną, wystarczą, że obejrzą "prizonbrejka") ale miodność rozgrywki neutralizuje to zupełnie. Przeszedłem grę za jednym posiedzeniem, zarywając noc. Nie mogłem się oderwać, po prostu musiałem se dalej biegać i skakać. Nie samymi nogami jednak Faith żyje, ale każdą bronią, którą na wrogach swych zdobędzie. Jest trochę strzelania, brak amunicji (magazynek i koniec zabawy) i fajne rozbrajanie, + bullet time, który najlepiej działa z rozbrajaniem właśnie. Przyznam, że ta część gry mnie nie powaliła, ale jest spoko-loko i tak liczy się bieganie i skakanie. A to jest wyśmienite! Co prawda nie poczułem owego legendarnego "chwiania błędnika" i nie czułem się, jakbym miał puścić zaraz pawia, ale od tego całego hasania tu i ówdzie bolała czasem głowa. Gra się dynamicznie i intuicyjnie, bywało, że czułem nieustanne napięcie, aż się adrenalinka miło produkowała, co jest także in plus dla dzieła ziomów z Dice. Model rozgrywki nowatorski jest, co też się chwali, a przy tym nie jest sequel, co chwali się po dwakroć. Jak się już biega, to się i ogląda, a jest co. Miasto robi wrażenie - ma sterylny klimat, co potrafi czasami wpędzić w paranoję. Grafika jest naprawdę prześliczna, a optymalizacja dawała radę (choć nie było idealnie, dwa razy Mirror's Edge mnie wypieprzyło do łindołsa, z sobie znanych powodów). Udżwiękowienie też w górnych rejonach - elektronika w klimacie wczesnego Warpa i miłe uchu odgłosy (a to się Faith zmęczy i dyszy, a to wiaterek se świśnie, a to karabinek se wystrzeli).
Kończąc przydługie wywody moje - Mirror's Edge to gra naprawdę wybitna. Nowatorska, piekielnie grywalna (co przy wysokim czynniku frustracji jest wyczynem), oprawiona w cud-miód-orzeszki audiowizualne. EA wydając Mirror's Edge zaryzykowało, o czym świadczą nie najlepsze wyniki sprzedaży gry, ale nie ukrywajmy - to prostu rozrywka na najwyższym poziomie, na poziomie dachów drapaczy chmur, dodajmy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)