czwartek, 19 lutego 2009

Boo !

Dosyć zaskakujące jest zamieszanie wokół debiutu Pains Of Being Pure At Heart. To nie jest zła płyta, wręcz przeciwnie - jest naprawdę w pytę. Ale szum wokół selftajtla ekipy z Wielkiego Jabłka pokazał, że hajp w Polsce istnieje wreszcie na szerszą skalę. Kiedyś ograniczaliśmy hajp do Porcysa i Screenów, a tu jebut ! - i hajp jest nie tylko bardzo modnym słówkiem (oh come on, nawet na Gamecornerze odkryli jego istnienie), ale i czymś realnym, czego dowodzi obecność TPOBPAH praktycznie w każdym serwisie muzycznym. The Pains Of Being Pure At Heart wyrosło nagle na jakieś zjawisko rozmiarów wieloryba, a to tak naprawdę sympatyczna, lecz niewielka rybka (tak, wiem - wieloryb jest ssakiem). Owszem, jest bardzo sympatyczna, pyszczkiem puszcza bąbelki, ale... Ma wielkie płetwy wtórności. Inspiracje Nowojorczyków są tak wyraźne, że aż wstyd je wymieniać. Dlatego proponuję analizę porównawczą, heh. Debiut TPOBPAH jest po prostu miażdżony przez 4 piosenki, które składają się na EPkę The Boo Radleys z 1991 roku - Boo Up! Jest to jedno z moich ulubionych dzieci, jakie mamusia-shoegaze wydała na świat. Dodatkowo na Boo Up! znajdziemy silny akcent collegowy, co tylko sprawia, że jest to bardziej smakowity kawałek muzycznego mięska. "Everybird" to opener, który już po pierwszym odsłuchaniu koduje się w mózgu słuchacza. Refren "Sometime Soon She Said" - gorąca czekolada do filiżanki uszu. "Foster's Van" ma cudne przejście pod ścianę gitar z akustycznego początku, a "Song For Up!" nawet nie daje się zgrabnie skomentować. To tak w skrócie. Więc jeśli macie chwilę, to zamiast The Pains Of Being Pure At Heart posłuchajcie sobie "Boo Up!" The Boo Radleys. Lepiej na tym wyjdziecie, zapewniam, choćby dlatego, że "Boo Up!" to jedynie kilkanaście minut. W sumie to wystarczy.


1 komentarz:

Anonimowy pisze...

przystopuj z metaforami